W jaki sposób Dean Koontz postawił wszystko na jedną kartę i wygrał – oto kulisy powstania „Nieznajomych”

Opublikowano 5 listopada 2014 w: O pisaniu | 0 komentarzy

Lubię, gdy autorzy publikują posłowia do swoich książek, w których przedstawiają kulisy powstania danego dzieła. Można wiele się z nich dowiedzieć i wyciągnąć wnioski dla siebie. Dlatego polecam zapoznać się z tym, co Dean Koontz napisał na końcu „Nieznajomych”, swojego pierwszego bestsellera w twardej oprawie.

Książki Deana R. Koontza to przede wszystkim thrillery i horrory. Łącznie bibliografia Koontza liczy ponad pięćdziesiąt tytułów. Od początku kariery Koontz robił to, co kocha i co pozwalało mu płacić rachunki, czyli pisał, pisał i jeszcze raz pisał.

I choć kilka jego powieści (m.in. „Szepty”, „Ziarno demona” czy „Klucz do północy”) sprzedało się w nakładzie przekraczającym milion egzemplarzy, pisarz przez wydawców postrzegany był wyłącznie jako twórca powieści kieszonkowych, tzw. paperbacków.

Na koncie miał już prawie dwadzieścia książek, gdy postanowił inaczej podejść do swojej kariery literackiej.

Jak napisałem w tytule – Koontz zaryzykował i wygrał. Wszystko zmieniło się bowiem w 1986 roku, gdy w księgarniach pojawiła się powieść „Nieznajomi”, która stała się pierwszym bestsellerem pisarza w twardej oprawie. Od tego czasu cała kariera literacka Koontza potoczyła się zupełnie nowymi torami. W jaki sposób pisarz przekonał do siebie wydawców? O tym poniżej.

„Nieznajomi” – opis książki
Oto oficjalny opis powieści „Nieznajomi” wydanej przez Albatros (choć na razie tytuł nie jest już dostępny w księgarniach, na szczęście jest do kupienia m.in. na Allegro.pl).

„Kilka osób, kilka różnych zawodów, kilka miejsc w Ameryce – i jeden, zawsze ten sam problem. Strach. Przerażenie. Niewytłumaczalny lęk przed czymś, czego umysł nie jest w stanie ogarnąć. Pisarz Dom Corvaisis lunatykuje, uciekając przed nieokreślonym zagrożeniem. Doktor Ginger Weiss cierpi na ataki paniki. Złodziej Jack Twist pod wpływem impulsu rozdaje skradzione pieniądze… Wszystkie znaki prowadzą ich do motelu w Nevadzie, którego właścicielem jest Ernie Block, były komandos. On ze wszystkiego najbardziej lęka się ciemności… Czy rozwiązanie zagadki znajduje się nieopodal? Czy coś wspólnego z przypadłościami ma położona niedaleko jednostka wojskowa?”

Posłowie Deana Koontza
Co dokładnie zrobił Koontz? W tym momencie oddaję głos samemu pisarzowi, czyli publikuję poniżej najciekawsze fragmenty posłowia pisarza, które pojawiło się w kolejnym wydaniu „Nieznajomych”:

[...] pisałem tę książkę w ciemno, to znaczy bez kontraktu, bez żadnego zapewnienia, że zostanie przyjęta przez wydawcę.

Oczywiście wszyscy pisarze zaczynają w ten sposób, ale po sprzedaniu jednej książki, dwóch czy pięciu odkrywają, że wydawcy gotowi są zawrzeć z nimi umowę na powieść jedynie na podstawie kilku rozdziałów i/lub konspektów i wypłacić zaliczkę, co zapewni im żywy pieniądz, gdy będą tworzyć genialne dzieła albo takie, które skłonią ich ukochane matki do płaczu z rozpaczy, albo takie i takie.

Niektórzy pisarze gospodarują tymi pieniędzmi rozsądnie, żeby im wystarczyły na czas pisania książki, inni zaś przepuszczają je błyskawicznie na [...]

Zaprawdę, nieskończona jest liczba rzeczy, na które nieodpowiedzialni pisarze mogą roztrwonić pieniądze, ale niezależnie od tego, czy pisarz jest liczykrupą, czy beztroskim rozrzutnikiem, jeśli podpisał umowę i ma zamiar oddać książkę przynajmniej trochę przypominającą tę opisaną w kontrakcie, w czasie pisania wie, że dostanie jeszcze więcej pieniędzy i że jego dzieło kiedyś pojawi się w księgarniach – i że rękopis nie będzie leżał i pleśniał w szufladzie.

Przed Nieznajomymi napisałem wiele powieści, za które dostałem zaliczki, i niektóre okazały się broszurowymi bestsellerami, co dawało mi satysfakcję, ale wydawcy i agent generalnie byli zdania, że moje książki nie są odpowiednim materiałem na bestsellery w twardej oprawie. Choć nikt nie potrafił wyjaśnić, co im brakuje do „odpowiedniego materiału”, ten z góry przyjęty osąd gwarantował, że nakłady moich książek w twardej oprawie będą niewielkie (największy w owym czasie osiągnęły Szepty, siedem tysięcy egzemplarzy) i nie będą miały reklamy.

Sfrustrowany tak bardzo, że gryzłem meble w gabinecie, przygnębiony wynikającym z tego żałosnym stanem mojego miejsca pracy, tonąc w rachunkach od dentysty i bojąc się rozwoju poważnego uzależnienia od werniksu albo nylonowej tapicerki, doszedłem do wniosku, iż podpisywanie umów na podstawie próbek i konspektów było poważnym błędem. Po jej podpisaniu wydawca i redaktor mieli rok albo półtora roku na myślenie o konspekcie, na przewidywanie, jaka będzie książka, na tworzenie w głowach olśniewającego wyobrażenia. W konsekwencji, gdy wreszcie dostawali rękopis, który w nieunikniony sposób różnił się od ich koncepcji, entuzjazm natychmiast gasł. Powieść mogła być dobra pod każdym względem, mogła być nieskończenie lepsza od wymuszonej próbki upiększonej dla podłapania kontraktu, mogła być napisana z pasją i narracyjną werwą, ale sam fakt, że nie spełniała oczekiwań, przemawiał na jej niekorzyść; gubiła ją ta różnica. Dlatego w stanie niepełnej poczytalności zaplanowałem napisanie powieści w ciemno, choć zaproponowano mi umowę.

Marzyłem o napisaniu książki, która będzie wspaniała pod względem możliwości narracyjnych i tematu, nafaszerowana ciekawymi postaciami, wciągająca czytelnika zaskakującymi zwrotami akcji i tajemnicami – która będzie NAJLEPSZĄ KSIĄŻKĄ WSZECH CZASÓW.

Tak, oczywiście, cel jest absurdalny, to wygórowana ambicja najżałośniejszego rodzaju, zwłaszcza że książka The Little Engine That Could już dawno ustanowiła literacki szczyt, którego żaden śmiertelny pisarz nigdy nie zdobędzie. Ponieważ jednak pisanie jest takie trudne – choć czasami sprawia wielką przyjemność – przystępowanie do pracy z zamiarem napisania miernej czy nawet względnie dobrej powieści nie ma większego sensu. Poza tym za każdym razem, gdy człowiek zaczyna pisać najlepszą książkę wszech czasów, i za każdym razem, gdy nieuchronnie mu się to nie udaje, automatycznie mobilizuje się do większego wysiłku przy tworzeniu następnej, żeby zbliżyć się do upragnionego Graala.

W każdym razie moim zamiarem było stworzenie historii, która tak bardzo zaskoczy i zachwyci wydawcę, że zagwarantuje mi w kontrakcie bestsellerowy nakład w twardej oprawie i odpowiedni budżet na reklamę.

Kiedy zacząłem pisać Nieznajomych, miałem w banku dość pieniędzy, żeby przeżyć sześć czy osiem miesięcy, czyli czas, jaki według moich przewidywań powinno zająć napisanie mniej więcej pięciuset stron rękopisu. To było szaleństwo. Pieniądze nigdy nie starczają na tak długo, jak powinny, a książkę rzadko można ukończyć w przewidywanym terminie.

Sześć miesięcy później, pracując po sześćdziesiąt godzin w tygodniu i mając czterysta pięćdziesiąt stron tekstu, zdałem sobie sprawę, że jeszcze nie dotarłem do połowy powieści. Przystąpiłem do pracy bez szkicu, bez notatek dotyczących fabuły, mając w głowie ledwo zarysowane sylwetki dwóch głównych bohaterów, a oprócz tego tylko ogólną koncepcję i pewne wątki, które wabiły mnie emocjonalnie i intelektualnie. Podejście na wariata dawało poczucie wielkiej swobody i pozwalało na twórczą żywiołowość. Główne postacie męskie i kobiece ożyły i wkrótce miałem dwunastu bohaterów w historii znacznie bardziej skomplikowanej niż wszystkie, z którymi mierzyłem się wcześniej. Zamiast sześciu, potrzebowałem jedenastu miesięcy i trzech tygodni na ukończenie pracy.

Moja żona Gerda jakoś zaoszczędziła pieniądze i zdołaliśmy przedłużyć czas, który mogłem poświęcić na pisanie bez wynagrodzenia. Jestem pewien, że przeżywaliśmy chwile kryzysów finansowych, ale ich nie pamiętam; pamiętam tylko dreszcz emocji, jaki czułem, gdy powieść z dnia na dzień stawała się lepsza, zaczynając żyć własnym życiem, wciągając mnie w narracyjne tornado tak, że wydawało się, iż nie jestem twórcą, lecz pełnoprawnym uczestnikiem tej burzy.

Gdy dostarczyłem Nieznajomych wydawcy, zareagował zgodnie z moimi nadziejami. Rękopis został przeczytany w ciągu weekendu; w poniedziałek otrzymałem propozycję honorarium dwa i pół razy większego od sumy, jaką dostałem za opłaconą z góry poprzednią książkę. Co więcej, w umowie były gwarancje wysokości nakładu i budżetu na reklamę. Zgodziłem się. Świętowałem. [...]

Nieznajomi stali się moim pierwszym bestsellerem w twardej oprawie, dobrze przyjętym przez krytyków i przetłumaczonym na niemal wszystkie języki z wyjątkiem urdu (ale wciąż mam nadzieję, że jakiś tamtejszy wydawca dozna olśnienia). Od tej pory ani razu nie dałem wydawcy konspektu ani próbki, żeby podpisać umowę; zawieramy umowę na trzy powieści o nieznanym charakterze, a wydawca dowiaduje się, o co chodzi, gdy dostaje cały rękopis. Poza tym od czasu Nieznajomych każdą książkę zaczynam na wariata, mając niewiele więcej niż zarys akcji, jedną czy dwie postacie i główny temat.

Wiecie już w jaki sposób Koontz postawił wszystko na jedną kartę. A teraz wracajcie do pisania :-)

Informacje o książce „Nieznajomi” – autor: Dean R. Koontz, tytuł oryginalny: Strangers, wydawnictwo: Albatros, tłumaczenie: Cezary Frąc, liczba stron: 622.

O mnie:

Nazywam się Wojtek Krusiński i goodstory.pl to mój blog dotyczący pisarzy i trudnej, ale i fascynującej sztuki tworzenia ciekawych, wciągających opowieści. Więcej informacji znajdziesz na stronie kontaktowej.

Jeśli chcesz wspomóc ten blog, robiąc zakupy online skorzystaj z mojej strony Kupuj z Goodstory.pl

Prowadzę również serwis o podróżach PolskaZwiedza.pl, na którym dzielę się wrażeniami ze zwiedzania Polski i innych krajów świata. Zapraszam do odwiedzin!

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>