Sposób na regularne pisanie

Opublikowano 31 lipca 2014 w: Porady | 26 komentarze

Fot. copyright (c) 123RF Stock Photos

Mam wrażenie, że najtrudniejsze w tworzeniu powieści jest zmobilizowanie się do regularnego pisania i dokończenia rozpoczętej historii. Oto jeden ze sposobów, jak tego dokonać.

Należy wyznaczyć sobie dzienny limit słów. Wiem, że to łatwo powiedzieć, a trudniej zrealizować, ale uważam, że to dobra metoda, by opowieść stopniowo posuwała się naprzód. Wiem również, że wielu pisarzy z powodzeniem ją stosuje.

Dla przykładu Terry Pratchett w pewnym momencie ustalił sobie limit na 400 słów. Jack London pisał minimum 1000 słów dziennie. Z kolei Stephen King wyznał, że pisze 2000 słów dziennie.

Nie patrz na zegarek, lecz licz słowa
Ustalenie limitu słów jest lepszym sposobem niż praca nad powieścią w określonych godzinach. Co z tego, że wyznaczycie sobie np. godzinę dziennie na pisanie, skoro może się okazać, że jednego dnia napisaliście kilka stron, zaś drugiego zaledwie kilkanaście zdań?

Limit słów jest lepszy. Nie ma oszukiwania. Statystyka w tym przypadku nie kłamie – albo osiągnęliście założony limit, albo nie i musicie pisać dalej. W ten sposób, w zależności od waszej granicy, jednego dnia możecie skończyć pracę już po kilkudziesięciu minutach, drugiego zaś – dopiero po kilku godzinach.

Zdaję sobie sprawę, że jest to trudna w realizacji metoda. Czasami po prostu może zabraknąć czasu, pojawią się inne obowiązki albo wypadnie nagle coś innego do zrobienia. Nie należy jednak robić wyjątków. Co najwyżej dodawać liczbę brakujących słów do kolejnego dnia, tak by na końcu tygodnia ogólny wynik się zgadzał. Inaczej praca nad powieścią rozwlecze się w czasie i tym samym możecie stracić początkowy entuzjazm jej pisania, co w konsekwencji spowoduje, iż coraz trudniej będzie wam do niej wrócić.

Pisz nawet mało, ale regularnie
Jeśli na poważnie myślicie o karierze literackiej i chcecie być zawodowymi pisarzami, musicie poświęcić swojej opowieści maksimum uwagi i regularnie pisać. Ustalcie jednak limit realnie do waszych możliwości.

Proponuję najpierw np. 100 słów. Piszcie tak przez dwa tygodnie. Gdy uda wam się bez problemu osiągnąć ten limit, dopiero wtedy go podnieście. Lepsze to niż od razu ustalać limit np. na 1000 słów i już po tygodniu być sfrustrowanym, że nie udaje się tego celu zrealizować.

Powodzenia!

O mnie:

Nazywam się Wojtek Krusiński i goodstory.pl to mój blog dotyczący pisarzy i trudnej, ale i fascynującej sztuki tworzenia ciekawych, wciągających opowieści. Więcej informacji znajdziesz na stronie kontaktowej.

Jeśli chcesz wspomóc ten blog, robiąc zakupy online skorzystaj z mojej strony Kupuj z Goodstory.pl

Prowadzę również serwis o podróżach PolskaZwiedza.pl, na którym dzielę się wrażeniami ze zwiedzania Polski i innych krajów świata. Zapraszam do odwiedzin!

26 komentarze

  1. Szczerze to nie jestem przekonana, do narzucania sobie tego limitu słów, ale z drugiej strony może warto spróbować? Zwłaszcza, że osobiście mam niestety ten problem, że mam wiele fajnych historii, tylko że po czasie jak się do nich biorę ten zapał spada i niestety na tym to się kończy, a jednak chciałabym chociaż jeden projekt mieć za sobą :)

    • Spróbuj! :-) Może się okazać, że właśnie taki sposób na regularne pisanie jest właśnie dla Ciebie. Szczególnie, że sytuacja którą opisujesz jest, niestety, dość powszechna. Najpierw jest entuzjazm z pomysłu, z zapałem przystępujemy do jego realizacji, a potem – z czasem – zapał spada, bo co chwila zajmujemy się czymś innym. I tracimy bezpowrotnie tę energię, którą mieliśmy na samym początku tworzenia danej historii. Dlatego każdy sposób, który sprawi, że będziemy regularnie pisać jest dobry.
      Zrób tak – narzuć sobie jakiś niski limit słów, taki, który jesteś w stanie realnie wykonać, i się go trzymaj. Jeśli go przekroczysz, super. Ale nie podnoś go. Dalej miej ten niski minimalny limit słów, by codziennie, choćby nie wiem, co się wydarzyło, móc go realizować. A gdy skończysz ten jeden projekt, wtedy najwyżej go podnieś :-)
      Powodzenia!

      • Może źle określiłam, bo dla mnie projekt jest równoznaczny z całą książką (nie piszę one shotów z różnych powodów), więc pewnie raczej byłoby wskazane, abym podnosiła ten limit słów po dwóch tygodniach. Ale fakt, niestety nie jestem odosobnionym przypadkiem, co z jednej strony jest dobre, bo pisanie uczy pewnej cierpliwości, ale z drugiej, kiedy czekanie trwa kilka lat, człowiek zaczyna się zastanawiać czy to jest nadal tego warte xD :)

        • Ależ ja tak właśnie zrozumiałem :-) Jeden projekt = cała książka. Zalecam jednak ostrożność z podwyższaniem limitu, bo dwa tygodnie to zbyt krótki czas, by skutecznie wyrobić w sobie nawyk regularnego pisania. Jeśli np. przez dwa miesiące uda Ci się pisać zgodnie z limitem słów – bez żadnych wyjątków, bez „żonglowania” limitem, że dzisiaj piszesz mniej, bo musisz coś innego zrobić, ale jutro nadrobisz – wtedy dopiero polecałbym podnieść limit.
          Najważniejsze to pisać. I nie zastanawiaj się ;-), dokończ historię. Zdaję sobie sprawę, że im dłużej to trwa, tym trudniej do tego przysiąść i doprowadzić do końca, ale pomyśl, jak fajnie będzie napisać kiedyś słowo „Koniec” i potem dać komuś do przeczytania całe dzieło :-)

          • Oj wyobrażam sobie nie raz, tyle że kiedy jest to już któreś podejście to ciężko jest zachować jakikolwiek optymizm w tej sprawie, ale dziękuję za wszelkie rady i pozdrawiam serdecznie :)

            • Dziękuję, również pozdrawiam i życzę wytrwałości w pisaniu! :-)

  2. Ciekawy patent! Nie wpadłam jeszcze na limit słów na dzień, ale zamierzam się za to zabrać ;)

  3. Nie słyszałam dotąd o tej metodzie, ale wygląda ciekawie, chętnie przetestuję :)

  4. W pewnym sensie i mi się kariera pisarza marzy – blog. Fajna metoda z tymi limitami słów, zazwyczaj większość poleca własnie ustalenie czasu, nie ilości co mnie dodatkowo frustruje. Ustalając limit słów może się okazać, że znacznie więcej napiszę i nie będę miała takich zaległości.

  5. Na blogu Joanny Wryczy-Bekier opisana jest tak zwana technika pomodoro, polegająca na zwiększeniu produktywności w przez limit czasowy.
    http://poradnikpisania.pl/metody-pisarskie-2/nie-masz-czasu-na-pisanie-wyprobuj-technike-pomodoro/

    • Dzięki za informację. Również zachęcam wszystkich do poznania tej metody, o której pisze autorka „Szkoły twórczego pisania”.

      • Oraz innych książek.
        P.S. Co jaki okres czasu ukazują się wpisy?

        • Oraz innych książek :-) Znam jednak tylko „Szkołę twórczego pisania”, dlatego o niej wspominam.
          PS. Co najmniej jeden wpis w tygodniu staram się publikować.

  6. A dlaczego negujesz godzię, tzn limit czasowy? Ok jednego dnia w godzinę napiszę kilkadziesiąt stron, innego tylko stronę, ale może skoro tego dnia tak mi nie idzie to jednak warto odpuścić i nie pisać gniotów na siłę. Przeciez ktoś to będzie potem czytał ;) Zastanawiam się czy to nie jest droga w ilość, a nie jakość?

    • Dzięki za komentarz. Limit czasowy jest moim zdaniem gorszy, gdyż wtedy można się usprawiedliwiać przed samym sobą, że danego dnia nie napisało się dużo, gdyż „i tutaj wstawiasz powód”. Przy limicie znaków nie ma takiej możliwości.
      Poza tym sam limit godzinowy sprawia, że trudno zachować ciągłość pracy. Powiedzmy, że jednego dnia nic nie napisaliśmy. Jednak dodanie drugiej godziny następnego dnia nie sprawi, że historia posunie się do przodu, bo może być to akurat ten „słabszy” dzień. I znów – przy limicie znaków tego nie ma – jesteśmy zmuszeni wręcz „nadrobić”.
      Nie chodzi o ilość (można ustawić sobie niewielki limit znaków), lecz właśnie o ciągłość, gdyż mam wrażenie, że sporo osób w trakcie pisania traci zapał, zniechęca się, ma „blokadę” itp. Wtedy może przez godzinę siedzieć przed monitorem i nic nie napisać. A przy limicie znaków – zmusi się. Owszem, może nie być to dobre jakościowo, ale posunie akcję do przodu. W kolejnej scenie może się rozkręci i dojdzie już płynnie do końca. A potem jest przecież redakcja. Wtedy usunie się wszystkie zbędne fragmenty i te źle napisane. Potem jeszcze jedna redakcja i dopiero wtedy proponuję dać swoje dzieło komuś do przeczytania. Nigdy nie dawajmy pierwszej wersji!
      PS. Jeśli ktoś jednego dnia w godzinę pisze kilkadziesiąt stron to generalnie znaczy, że coś jest nie tak, bez względu na to, jakiej metody się trzyma ;-)

      • No patrz jak się czepił tych „kilkudziesięciu” stron ;) oj no przecież napisałam to z rozpędu, bezmyślnie. Na tej samej zasadzie jak się mówi np „Zjadłam dzisiaj chyba z tysiąc naleśników”
        Tak się pochyliłam nad tym tekstem o zmuszaniu się do systematycznej pracy bo szukam czegoś dla siebie. Tylko, że ja nie zajmuję się pisaniem. Założyłam sobie, że zrobię serię rysunków, a tymczasem od pół roku Magnus Lindgren nie ma ręki. Skoro na kryterium czasu zawsze jest wymówka… Limit słów się u mnie nie sprawdzi, więc co? Liczba kresek? Części ciała? Procent zarysowanej powierzchni? :)

        • :-). W Twoim przypadku faktycznie jest trudniej, ale myślę, że limit znaków można na tyle zmodyfikować, by nie korzystać z samego ograniczenia czasowego, który – jak sama piszesz – nie sprawdza się, bo rysunków, jak nie było, tak nie ma.
          Jakie to mają być rysunki? Pytam, gdyż chodzi o to, by maksymalnie rozbić proces ich powstawania. Dla przykładu: jednego dnia może to być sam szkic. Kolejnego dopracowywanie. Potem kolorowanie, itp. Jeśli nie możesz zrobić to w ten sposób, zastanów się nad innym. Najważniejsze byś określiła sobie moment, w którym część założonej pracy na dany dzień została wykonana. I ma to być ostra granica, bez możliwości jej dowolnego interpretowania ;-)

          • Wiesz co, robię przede wszystkim rysunki ołókiem, dosyć szczegółowe (choć daleko im do hiperrealizmu ;) ) … Tylko tak naprawdę ja nie potrzebuję limitu dziennego – nie chcę go. Robię to tylko i wyłącznie dla siebie, to ma być dla mnie przyjemność, dlaczego mam się zmuszać i stresować terminami? (Wystarczy mi to co mam w pracy) … Tylko z drugiej strony, jednak chcę mieć te rysunki :/ No właśnie – i co teraz? Może powinnam mieć jakiś limit tygodniowy lub miesięczny, by nie czuć takiej presji ;) hmmm (jeden rysunek zajmuje mi jakieś kilkanaście, max dwadzieścia pare godzin…)

            • Jeśli tworzysz tylko dla przyjemności i nie traktujesz tego jako projektu do zrealizowania – np. by wydać potem album ze swoimi dziełami, to faktycznie lepsza dla Ciebie będzie metoda czasowa, np. dwie godziny dziennie. Jeśli jednak masz poczucie, że w ten sposób rysujesz mniej, a chciałabyś więcej – limit znaków jest według mnie lepszy. W Twoim przypadku może to być np. limit: rysunek tygodniowo albo jeden na dwa tygodnie. Najlepiej, byś wtedy ustawiła „metę” w niedzielę rano. Wtedy, jeśli przez cały tydzień niewiele nie zrobisz, będziesz miała jeszcze całą sobotę, by nadrobić zaległości i doprowadzić rysunek do końca :-)

  7. Ach, jak bardzo by się chciało, a tu zawsze coś… Ale Twoja metoda bardzo mi się podoba – systematyczność przede wszystkim i konkretny, dostępny limit. Kiedyś w końcu będę musiała wypróbować już na poważnie :)

    • Polecam i zachęcam :-)

      • Moim zdaniem najważniejsze jest wyrobienie sobie nawyku regularnego siadania do pracy z tekstem. Norma godzinowa czy wyrazowa ma już mniejsze znaczenie i zależy od indywidualnego charakteru piszącego. Każdemu zdarzają się lepsze i gorsze dni, nieraz każde słowo rodzimy w bólach, innym razem łapiemy „flow” i tekst bez wysiłku wlewa się na stronę. Myślę, że nie ma sensu zmuszać się do pisania kawałka o określonej długości, kiedy totalnie nam nie idzie, bo istnieje duże prawdopodobieństwo, że następnego dnia napisany na siłę fragment i tak wyląduje w koszu.
        Ważne, żeby taki gorszy dzień też umieć wykorzystać i nie tracić kontaktu z tekstem: jeśli nie mamy weny, można powtórnie przeczytać wcześniej napisany fragment, zrobić częściową redakcję, zaplanować kolejne sceny. Takie spojrzenie na tekst nawet bez faktycznego pisania może nam podsunąć nowy pomysł, jak dalej poprowadzić opowieść. Ważne, żeby nigdy na długo nie porzucać swojej opowieści :)

        • Dzięki za komentarz. Uważam jednak, że wyrobienie sobie nawyku regularnego siadania do pracy z tekstem odbywa się właśnie poprzez wyznaczenie sobie jakiegoś limitu słów, który codziennie należy osiągnąć, nawet w te gorsze dni. Niech będzie to mały limit, ale powinien jakiś być, inaczej dość łatwo powiedzieć „nie miałem/miałam tego dnia weny”, „teraz tylko pomyślę o powieści”, a faktyczne pisanie odkładać wciąż na później. Warto się zmuszać. To właśnie wyrabia nawyk – choćby nie wiadomo co się działo, dzisiaj musimy coś napisać i zmierzać do zakończenia opowieści. Nie wierzę, że cały tekst wyląduje w koszu. A nawet dla jednego dobrego zdania warto siąść i pisać.
          Jest to jednak metoda dla osób, które skupiają się na skończenia pierwszej wersji opowieści, a następnie zajmują się redakcją i poprawkami. Pisarze, którzy dopieszczają każdą stronę i nie piszą dalej dopóki nie będą zadowoleni z każdego wcześniej zapisanego inaczej do tego podchodzą. Ale nawet przy takim podejściu do pracy należy codziennie pisać. Tyle tylko, że przy ciągłym redagowaniu tekstu trudniej policzyć, ile faktycznie słów napisało się w danym dniu :-)

Odpowiedz na „IlkaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>